sobota, 29 grudnia 2012

prolog



Stoję cicho patrząc na usypiające miasto.
Zaciągam się ohydnym powietrzem i zaczynam żałować że udało się jej mnie namówić na przyjazd do tego miasta.
Wiedziałam, że w tym mieście światła jupiterów nie gasną szybko, wiedziałam, że to miasto zaczyna żyć w nocy. Poczułam przechodzący przez całe ciało dreszcz. Rozejrzałam się i zaczęła zastanawiać się w którą stronę iść. Mieszkam tu od dwóch miesięcy, jednak dłuższe dystanse sprawiają mi wielką trudność.
JA i orientacja w terenie, to dwie sprzeczności.
Usiadłam zmarnowana na ławce i zaczęła układać sobie w głowie, jak dostać się do domu.
Wyciągam z torebki portfel, wygrzebuję z niego drobne. Trudno. Nowe buty kupię za miesiąc, lub dwa. Albo w ogóle, patrzę na swoje znoszone trampki i zrezygnowana wybieram numer infolinii taksówek, podaję swoje położenie i czekam na pojazd.
Po niecałych dziesięciu minutach taksówka podjeżdża pod ratusz.
Po kolejnych dziesięciu minutach stoję pod drzwiami od mojego pokoju, biedniejsza o 35 złotych.
Mruczę z niezadowolenia gdy słyszę jednoznaczne odgłosy z pokoju mojej siostry.
Wiecznie młoda, wiecznie piękna, wiecznie szalona pani doktor. Jako że skończyła studia medyczne, zaczęła pracę w tutejszym szpitali, jako że jest moją mentorką od lat dziecięcych podjęłam studia na Kędzierzyńskiej uczelni. Może nic specjalnego, ale jako fizjoterapeuta też będę dobrze zarabiać. Wchodzę do siebie, wkładam słuchawki, włączam najgłośniej jak się da, Aleksandra, Myslovitz.
Nucąc z Rojkiem, rozbieram się do spania, nie lubię spać w ciuchach, ograniczają mnie one w nocy, a tego nie lubię. Jak ktoś lub coś mnie ogranicza. Dlatego śpię nago.
Wsłuchując się w magiczne takty gitary i zniewalający głos, usypiam zmęczona dniem dzisiejszym.

Słyszę wstrętny, ohydny dźwięk tłuczonego szkła, zmarkotniała patrzę na zegarek, który oznajmia mi godzinę 3:38. Narzuciłam na siebie jedynie szlafrok, papcie od mamusi i schodzę po schodach nasłuchując jakiegokolwiek dźwięku, przed wejściem do kuchni łapię wazon od cioci Krysi, i wchodzę z zamiarem obrony koniecznej.

Jakie moje zdziwienie jest, gdy widzę boga?

Idealny facet, mój boże, stoi tuż przede mną i zakrywa swoje przyrodzenie. Zdezorientowana odkładam wazon i gaszę światło.
-Stój tam gdzie stoisz. Nie patrzę, - mówię głośno i wyraźnie. –Kim jesteś, bo co tu robisz to chyba oboje wiemy, mam pokój obok.
-Eee.. no Jurij. Jurij jestem. –chcesz mi podać dłoń, jednak gdy parskam śmiechem ponownie zakrywasz to i owo.
-Więc Jurek, mogę tak mówić?- kiedy nie słyszę sprzeciwu, kontynuuję. –Więc Jurku, z racji iż przebywasz w mojej kuchni, i stoisz nagi…
-Pić, chce mi się po prostu pić. –słyszę jakiś akcent, niewyraźne ć na końcu wyrazu.
-Dobra Jurek, nie patrzę. A ty wyjdź, muszę posprzątać szkło, ubierz gatki a ja naleję ci coli.
Zawstydzony facet w mgnieniu oka wychodzi ja zapalam światło i sprzątam pozostałości po kubeczku Kubusia puchatka
Gdy do kuchni wchodzi ten bóg, mamroczę z niezadowolenia, że przyodział koszulkę. Ale stawiam przed nim napełnioną szklankę z odrdzewiaczem i patrzę jak zachłannie wypija całość.
-A ty? Kim jesteś?
-Młodszą siostrą, mojej starszej siostry- patrzy na mnie jak na UFO, więc się nie zrażam.- Gabi, Gabrysia byle by nie Gabrych. Wyciągam ku niemu dłoń, kiedy wyciąga swoją, nagle moją cofam
-A umyłeś? Trzymałeś owe świństwo w rękach- pytam z głupim wyrazem twarzy. Wiem w nocy jestem dziwna, bardzo dziwna. Patrzę jak zarumieniony facet myje ręce, wyciera niedbale w koszulkę i ponownie podaje mi dłoń, tym razem ją uciskam bez problemu.
-Jesteś wielkoludem? Czy jakim innym postrachem? –ponownie pytam, ponownie z głupim wyrazem zdziwienia
-Nie siatkarzem- w końcu się odzywa. A gdy słyszę kim owy Jurek jest, prycham
-Nie lubisz siatkówki?
-Lubię, tylko nie siatkarzy. Długa historia, nie warta uwagi. A teraz kochaneczku, pozwól, że wrócę do siebie, bo jestem prze ohydnie zmęczona,
Idę i wracam do mojego pokoju. Po drodze zastanawiam się, czy ja i Iza jesteśmy z tych samych rodziców. Bo gdy widzę jak Jurek skręca do pokoju mojej pani doktor, skręca mnie z zazdrości i uświadamiam sobie, że źle jest być dziewicą w świecie tak pięknych mężczyzn.

Czuję głośny mlask na swoim policzki, z obrzydzeniem wycieram go ręką machinalnie uderzając Izę w ramie.
-Nabzykałaś się już?- pytam nie otwierając oczu
-Tak, tak. Dziękuję, że się Jurijem zajęłaś. Odpadłam po prostu, wiesz jak on mnie wymęczył?-W kopała mi się w kołdrę i splątała nasze nogi
-Zimna jesteś, zabierasz mi ciepełko. –Mruczę wtulając się w jej ramie.
-Dostałyśmy zaproszenie na mecz, pójdziesz?
-Ja? Przecież wiesz, że nie lubię
-Wiem, dlatego chcę cię zabrać, poza tym ‘Jurek’ mówił, że bardzo nalega. -Parskam śmiechem gdy słyszę moje określenie na jego imię. Przeciągam się, gdyż wiem że już nie usnę
-Pójdę, pójdę i powiem mu żeby nie latał po obcych mieszkaniach nago.
Zdeterminowana wstaję z zamiarem napisania kilku słów w pamiętniku, złożenia codziennej obietnicy w owym zeszycie, że utracę dziewictwo... 
Idę pod prysznic, włączam ciepłą wodę stoję tak i marzę,
Umyta, pachnąca super doskonała wychodzę z toalety idę zrobić sobie kawusię i coś do jedzenia.
Po zjedzeniu jakże zdrowego śniadania co w skłąd wchodziło zjedzenie 3 bułek z połową nutelli
Siadam w salonie przed telewizorem z zamiarem obejrzenia chirurgów.
Patrzę, śmieję się, płaczę. Cała ja. Iza z kuchni wychyla głowę, że na szesnastą jest mecz, zerkam na wiszący stary drewniany zegar z kukułką, który czasami mnie budzi po nocy i stwierdzam, że mam jeszcze co najmniej 4 godziny.
Dlatego więc włączam kolejny odcinek.
Z kolejnego, zrobiły się następne 3 i tak o to biegam teraz jak z pieprzem w jednej ręce dzierżąc prostownicę w drugiej puder. Jak już mam wyjść to jak człowiek a nie!
Kiedy stwierdzam fakt, że moje loki są w miarę wyprostowane a trupioblada twarz, nabrała kolorytu schodzę do salonu gdzie siedzi Iza.
-Ładnie?-obkręcam się, tak że niebieska tunika lekko podwiewa. Ubieram czarne trampki, biorę torbę i jestem gotowa
-Ładnie, ładnie. – klepie mnie w pośladek, bierze kluczyki i idziemy do samochodu.
Nie lubię siatkarzy, bardzo. Uważam że to tacy sami ludzie, więc nie widzę tego szału na ich byt, uważam że zbyt przedmuchane, rozdmuchane i inne chane.
Kiedy dojeżdżamy hali Azoty wychodzę i mruczę z niezadowolenia widząc napalone dziewczynki
Iza wyciąga z torebki dwa bilety i z uśmiechem podaje je jakiemuś gburkowi.
Idziemy do szatni, gdzie zostawiamy nasze kurtki i podążamy za tłumem kierującym się do sektoru 3
-No nie powiem, postarał się Jureczek- mówię na co uśmiech wstępuje Izie na twarz.
Postaram się dobrze bawić.

2 i pół godziny później.

Stoję przed szatnią. Tak dokładnie przed szatnią siatkarzy a moja siostra migdali się z Jureczkiem gratulując mu wygranego meczu z Gdańskim Treflem.
Mecz? Mecz jak mecz. Nikt nie zalał się krwią, nikogo nie ściągali na noszach, szału nie ma dupy nie urywa.
Patrzę zdenerwowana na zegarek, zaraz powtórka 4 sezonu chirurgów. A ja stoję i patrzę na tą dwójkę głąbków.
Nagle czuję jak coś powala mnie na ziemię. Staram zlokalizować się to coś i widzę tylko drzwi.
Dotykam ręką czoła czując rosnącą bulwę.
-Kurwa mać!- klnę siarczyście, zwracając na siebie uwagę mojej Izuni, Jureczka i brodacza-mordercę
-Nic ci nie jest? Nie zauważyłem Cię, przepraszam
Kiedy podaje mi dłoń, chwytam ją a ten z łatwością sprowadza mnie do pionu.
Patrzę z gniewem w oczach czuję jak to coś na moim czole zaczyna żyć własnym życiem, z przerażeniem patrzę na kropelki na nosie, czerwone to to. I lepkie, czuję.
-kurwa mać, -mruczę, i upadam na ziemię.

Kiedy czuję plask na twarzy zrywam się jak oparzona. Patrzę z nienawiścią w oczach na moją panią doktor i myślę co by tu odwarknąć, ale kiedy orientuję się, że nade mną stoi przeszło 10 osób i patrzą z zaciekawieniem milknę w sobie i odwracam się do drzwi.
-wybacz, nie wiedziałem, że tak mocno ci przyłożyłem tymi drzwiami
-Marcin, przestań, głupie to to- Iza zaczęła opatrywać mi rankę- po co stawała tak blisko drzwi?
-Tak dla jaj, głupia jesteś- odpycham jej rękę i podchodząc chwiejnym krokiem do lustra i naklejam plaster-w ogóle, co za debil otwiera drzwi tak zamaszystym ruchem, mówiłam, że siatkarze to udręka ludzkiego świata, z resztą jak każdy pożal się boże sportowiec. – mruczę pod nosem
-to po co przychodziłaś?- mój oprawca staje z założonymi rękoma i patrzy na mnie z góry. No cóż. Ja mam metr 69, on jakieś ze 100.
-bo moja siostra i Jurek mnie namówili. – pokazuję palcem na dwójkę winowajców. – nie lubię sportowców.
-nie znasz żadego z nas, oprócz ‘Jurka’ więc nikogo nie posądzaj i nie oceniaj,  a teraz przepraszam idę do domu, pomyśleć w samotności nad sensem życia i nagadać na każdą postać płci żeńskiej.
Przetrawiłam jego wypowiedź trzy razy myślę, myślę…
-Czekaj, idziemy do baru, chodź. – ciągnę go zdezorientowanego za rękę do wyjścia- chcę się upić. A tobie może być lepiej jak się wygadasz. Jak w ogóle masz na imię?
-Marcin, ty zapewne Gabrysia?
-No si si -Idę ciągnąc wieżę za sobą i słyszę zdumiony głos mojej siostry i śmiech jakiś tam ludzi.
A co mi tam, zabawię się dzisiaj.


Witam, opowiadanie zapewne wiecie o kim,
Lubię to.
Do niedługa. <3

5 komentarzy:

  1. nie powiem ciekawie się zaczyna...haha Drzewo morderca :p czekam na następny odcinek :*

    OdpowiedzUsuń
  2. " Tak dla jaj, głupia jesteś- odpycham jej rękę i podchodząc chwiejnym krokiem do lustra i naklejam plaster-w ogóle, co za debil otwiera drzwi tak zamaszystym ruchem, mówiłam, że siatkarze to udręka ludzkiego świata, z resztą jak każdy pożal się boże sportowiec. – mruczę pod nosem " uwielbiam ten moment :D


    Możdżon :D :D :*
    Czekam na kolejny i pozdrawiam :D :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://beenoughopowiadanie.blogspot.com/ jeśli czytasz to zapraszam

      Usuń
  3. Ciekawe, ciekawe ;) Nie mogę się doczekać całosci. Proszę, informuj mnie o nowościach u mnie na blogu, lub na nr gg : 33629322 ;)
    http://niemieszajmiwglowie.blogspot.com/

    Toośka! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!
    uwielbiam to jak piszesz! Tą narrację!
    To Twoje "si si"!!!!
    I Ciebie też <3
    ;*

    OdpowiedzUsuń