Stoję cicho patrząc na usypiające miasto.
Zaciągam się ohydnym powietrzem i zaczynam żałować że udało się
jej mnie namówić na przyjazd do tego miasta.
Wiedziałam, że w tym mieście światła jupiterów nie gasną
szybko, wiedziałam, że to miasto zaczyna żyć w nocy. Poczułam przechodzący
przez całe ciało dreszcz. Rozejrzałam się i zaczęła zastanawiać się w którą
stronę iść. Mieszkam tu od dwóch miesięcy, jednak dłuższe dystanse sprawiają mi
wielką trudność.
JA i orientacja w terenie, to dwie sprzeczności.
Usiadłam zmarnowana na ławce i zaczęła układać sobie w głowie,
jak dostać się do domu.
Wyciągam z torebki portfel, wygrzebuję z niego drobne.
Trudno. Nowe buty kupię za miesiąc, lub dwa. Albo w ogóle, patrzę na swoje
znoszone trampki i zrezygnowana wybieram numer infolinii taksówek, podaję swoje
położenie i czekam na pojazd.
Po niecałych dziesięciu minutach taksówka podjeżdża pod
ratusz.
Po kolejnych dziesięciu minutach stoję pod drzwiami od
mojego pokoju, biedniejsza o 35 złotych.
Mruczę z niezadowolenia gdy słyszę jednoznaczne odgłosy z
pokoju mojej siostry.
Wiecznie młoda, wiecznie piękna, wiecznie szalona pani
doktor. Jako że skończyła studia medyczne, zaczęła pracę w tutejszym szpitali,
jako że jest moją mentorką od lat dziecięcych podjęłam studia na Kędzierzyńskiej uczelni. Może
nic specjalnego, ale jako fizjoterapeuta też będę dobrze zarabiać. Wchodzę do
siebie, wkładam słuchawki, włączam najgłośniej jak się da, Aleksandra,
Myslovitz.
Nucąc z Rojkiem, rozbieram się do spania, nie lubię spać w
ciuchach, ograniczają mnie one w nocy, a tego nie lubię. Jak ktoś lub coś mnie
ogranicza. Dlatego śpię nago.
Wsłuchując się w magiczne takty gitary i zniewalający głos,
usypiam zmęczona dniem dzisiejszym.
Słyszę wstrętny, ohydny dźwięk tłuczonego szkła, zmarkotniała
patrzę na zegarek, który oznajmia mi godzinę 3:38. Narzuciłam na siebie jedynie
szlafrok, papcie od mamusi i schodzę po schodach nasłuchując jakiegokolwiek
dźwięku, przed wejściem do kuchni łapię wazon od cioci Krysi, i wchodzę z
zamiarem obrony koniecznej.
Jakie moje zdziwienie jest, gdy widzę boga?
Idealny facet, mój boże, stoi tuż przede mną i zakrywa swoje
przyrodzenie. Zdezorientowana odkładam wazon i gaszę światło.
-Stój tam gdzie stoisz. Nie patrzę, - mówię głośno i
wyraźnie. –Kim jesteś, bo co tu robisz to chyba oboje wiemy, mam pokój obok.
-Eee.. no Jurij. Jurij jestem. –chcesz mi podać dłoń, jednak
gdy parskam śmiechem ponownie zakrywasz to i owo.
-Więc Jurek, mogę tak mówić?- kiedy nie słyszę sprzeciwu,
kontynuuję. –Więc Jurku, z racji iż przebywasz w mojej kuchni, i stoisz nagi…
-Pić, chce mi się po prostu pić. –słyszę jakiś akcent,
niewyraźne ć na końcu wyrazu.
-Dobra Jurek, nie patrzę. A ty wyjdź, muszę posprzątać
szkło, ubierz gatki a ja naleję ci coli.
Zawstydzony facet w mgnieniu oka wychodzi ja zapalam światło
i sprzątam pozostałości po kubeczku Kubusia puchatka
Gdy do kuchni wchodzi ten bóg, mamroczę z niezadowolenia, że
przyodział koszulkę. Ale stawiam przed nim napełnioną szklankę z odrdzewiaczem
i patrzę jak zachłannie wypija całość.
-A ty? Kim jesteś?
-Młodszą siostrą, mojej starszej siostry- patrzy na mnie jak
na UFO, więc się nie zrażam.- Gabi, Gabrysia byle by nie Gabrych. Wyciągam ku
niemu dłoń, kiedy wyciąga swoją, nagle moją cofam
-A umyłeś? Trzymałeś owe świństwo w rękach- pytam z głupim
wyrazem twarzy. Wiem w nocy jestem dziwna, bardzo dziwna. Patrzę jak
zarumieniony facet myje ręce, wyciera niedbale w koszulkę i ponownie podaje mi
dłoń, tym razem ją uciskam bez problemu.
-Jesteś wielkoludem? Czy jakim innym postrachem? –ponownie pytam,
ponownie z głupim wyrazem zdziwienia
-Nie siatkarzem- w końcu się odzywa. A gdy słyszę kim owy
Jurek jest, prycham
-Nie lubisz siatkówki?
-Lubię, tylko nie siatkarzy. Długa historia, nie warta
uwagi. A teraz kochaneczku, pozwól, że wrócę do siebie, bo jestem prze ohydnie
zmęczona,
Idę i wracam do mojego pokoju. Po drodze zastanawiam się,
czy ja i Iza jesteśmy z tych samych rodziców. Bo gdy widzę jak Jurek skręca do
pokoju mojej pani doktor, skręca mnie z zazdrości i uświadamiam sobie, że źle
jest być dziewicą w świecie tak pięknych mężczyzn.
Czuję głośny mlask na swoim policzki, z obrzydzeniem
wycieram go ręką machinalnie uderzając Izę w ramie.
-Nabzykałaś się już?- pytam nie otwierając oczu
-Tak, tak. Dziękuję, że się Jurijem zajęłaś. Odpadłam po
prostu, wiesz jak on mnie wymęczył?-W kopała mi się w kołdrę i splątała nasze
nogi
-Zimna jesteś, zabierasz mi ciepełko. –Mruczę wtulając się w
jej ramie.
-Dostałyśmy zaproszenie na mecz, pójdziesz?
-Ja? Przecież wiesz, że nie lubię
-Wiem, dlatego chcę cię zabrać, poza tym ‘Jurek’ mówił, że
bardzo nalega. -Parskam śmiechem gdy słyszę moje określenie na jego imię. Przeciągam
się, gdyż wiem że już nie usnę
-Pójdę, pójdę i powiem mu żeby nie latał po obcych
mieszkaniach nago.
Zdeterminowana wstaję z zamiarem napisania kilku słów w
pamiętniku, złożenia codziennej obietnicy w owym zeszycie, że utracę
dziewictwo...
Idę pod prysznic, włączam ciepłą wodę stoję tak i marzę,
Umyta, pachnąca super doskonała wychodzę z toalety idę
zrobić sobie kawusię i coś do jedzenia.
Po zjedzeniu jakże zdrowego śniadania co w skłąd wchodziło
zjedzenie 3 bułek z połową nutelli
Siadam w salonie przed telewizorem z zamiarem obejrzenia chirurgów.
Patrzę, śmieję się, płaczę. Cała ja. Iza z kuchni wychyla
głowę, że na szesnastą jest mecz, zerkam na wiszący stary drewniany zegar z
kukułką, który czasami mnie budzi po nocy i stwierdzam, że mam jeszcze co
najmniej 4 godziny.
Dlatego więc włączam kolejny odcinek.
Z kolejnego, zrobiły się następne 3 i tak o to biegam teraz
jak z pieprzem w jednej ręce dzierżąc prostownicę w drugiej puder. Jak już mam
wyjść to jak człowiek a nie!
Kiedy stwierdzam fakt, że moje loki są w miarę wyprostowane
a trupioblada twarz, nabrała kolorytu schodzę do salonu gdzie siedzi Iza.
-Ładnie?-obkręcam się, tak że niebieska tunika lekko
podwiewa. Ubieram czarne trampki, biorę torbę i jestem gotowa
-Ładnie, ładnie. – klepie mnie w pośladek, bierze kluczyki i
idziemy do samochodu.
Nie lubię siatkarzy, bardzo. Uważam że to tacy sami ludzie,
więc nie widzę tego szału na ich byt, uważam że zbyt przedmuchane, rozdmuchane
i inne chane.
Kiedy dojeżdżamy hali Azoty wychodzę i mruczę z
niezadowolenia widząc napalone dziewczynki
Iza wyciąga z torebki dwa bilety i z uśmiechem podaje je jakiemuś
gburkowi.
Idziemy do szatni, gdzie zostawiamy nasze kurtki i podążamy za
tłumem kierującym się do sektoru 3
-No nie powiem, postarał się Jureczek- mówię na co uśmiech
wstępuje Izie na twarz.
Postaram się dobrze bawić.
2 i pół godziny później.
Stoję przed szatnią. Tak dokładnie przed szatnią siatkarzy a
moja siostra migdali się z Jureczkiem gratulując mu wygranego meczu z Gdańskim
Treflem.
Mecz? Mecz jak mecz. Nikt nie zalał się krwią, nikogo nie
ściągali na noszach, szału nie ma dupy nie urywa.
Patrzę zdenerwowana na zegarek, zaraz powtórka 4 sezonu chirurgów.
A ja stoję i patrzę na tą dwójkę głąbków.
Nagle czuję jak coś powala mnie na ziemię. Staram
zlokalizować się to coś i widzę tylko drzwi.
Dotykam ręką czoła czując rosnącą bulwę.
-Kurwa mać!- klnę siarczyście, zwracając na siebie uwagę
mojej Izuni, Jureczka i brodacza-mordercę
-Nic ci nie jest? Nie zauważyłem Cię, przepraszam
Kiedy podaje mi dłoń, chwytam ją a ten z łatwością sprowadza
mnie do pionu.
Patrzę z gniewem w oczach czuję jak to coś na moim czole
zaczyna żyć własnym życiem, z przerażeniem patrzę na kropelki na nosie,
czerwone to to. I lepkie, czuję.
-kurwa mać, -mruczę, i upadam na ziemię.
Kiedy czuję plask na twarzy zrywam się jak oparzona. Patrzę
z nienawiścią w oczach na moją panią doktor i myślę co by tu odwarknąć, ale
kiedy orientuję się, że nade mną stoi przeszło 10 osób i patrzą z
zaciekawieniem milknę w sobie i odwracam się do drzwi.
-wybacz, nie wiedziałem, że tak mocno ci przyłożyłem tymi
drzwiami
-Marcin, przestań, głupie to to- Iza zaczęła opatrywać mi
rankę- po co stawała tak blisko drzwi?
-Tak dla jaj, głupia jesteś- odpycham jej rękę i podchodząc
chwiejnym krokiem do lustra i naklejam plaster-w ogóle, co za debil otwiera
drzwi tak zamaszystym ruchem, mówiłam, że siatkarze to udręka ludzkiego świata,
z resztą jak każdy pożal się boże sportowiec. – mruczę pod nosem
-to po co przychodziłaś?- mój oprawca staje z założonymi
rękoma i patrzy na mnie z góry. No cóż. Ja mam metr 69, on jakieś ze 100.
-bo moja siostra i Jurek mnie namówili. – pokazuję palcem na
dwójkę winowajców. – nie lubię sportowców.
-nie znasz żadego z nas, oprócz ‘Jurka’ więc nikogo nie
posądzaj i nie oceniaj, a teraz
przepraszam idę do domu, pomyśleć w samotności nad sensem życia i nagadać na
każdą postać płci żeńskiej.
Przetrawiłam jego wypowiedź trzy razy myślę, myślę…
-Czekaj, idziemy do baru, chodź. – ciągnę go
zdezorientowanego za rękę do wyjścia- chcę się upić. A tobie może być lepiej
jak się wygadasz. Jak w ogóle masz na imię?
-Marcin, ty zapewne Gabrysia?
-No si si -Idę ciągnąc wieżę za sobą i słyszę zdumiony głos
mojej siostry i śmiech jakiś tam ludzi.
A co mi tam, zabawię się dzisiaj.
Witam, opowiadanie zapewne wiecie o kim,
Lubię to.
Do niedługa. <3